wtorek, 15 czerwca 2010

dziadek do orzechów i sander cohen = perfection

to jest n-ty blog, więc nie zacznę wybitnie epicko, tylko przejdę do notatki. spoilers!

niesamowitym jest zacząć 'bioshock' od nowa. normalnie filmy z pogmatwanym i zaskakującym zakończeniem mają jedną dużą wadę - ich ponowne oglądanie nie jest tak ekscytujące, bo przecież wiesz, co się wydarzy. nic już nie porywa (chyba, że to jest naprawdę dobry film; jednak większość zdecydowanie zniechęca, vide 'plan lotu' czy 'wyspa tajemnic' scorsese) tak, jak wcześniej. nawet świetny 'zawrót głowy' hitchcocka już mnie tak nie zauroczył za drugim razem. dlatego podchodziłam do ponownego przejścia 'bioshocka' z niepewnością, choć ten przez miesiąc niegrania w niego dawał mi o sobie znać, czy w ost, czy w przemyśleniach.
nie planowałam gry, ale sięgnęłam po pomarańczowe pudełko w stylu blu-ray, gdy zirytowałam się kolejnymi crashami sim city 4. po przejściu irytującej rejestracji po raz kolejny rozbiłam się nad atlantykiem w latach 60-tych. tym razem za zadanie powzięłam sobie zwracanie uwagi na szczegóły związane z fabułą, którą znałam. nie minęła minuta, a fraza 'would you kindly... ?' pojawiła się na ekranie. tym razem spróbowałam opłynąć wysepkę prowadzącą do rapture, ale ciemna noc i spokój dookoła mnie wystarczająco przeraził. co prawda przed zakupieniem oryginału grałam 2x w demo, więc początek znam już dobrze, co nie zmienia faktu, że wciąż mnie raduje swoją genialnością. nigdy nie widziałam tak dobrego rozpoczęcia gry. wszystko, od melodii 'beyond the sea' przed wejściem do kapsuły, przez atak pierwszego splicera, kobietę przy wózku, w którym jest rewolwer wreszcie do big daddy'ego i little sister podśpiewującej mroczną wersję twinkle twinkle little star - wszystko gra, łącznie z uderzeniem resztek samolotu o ściany korytarza. dla mnie jeśli coś się zaczyna dobrze, to wybaczę mu wszystko, co zdarzy się później. na szczęście nie było takiej potrzeby, ale i tak początek tej gry, rozprawianie się z little sisters, sander cohen, 'turning point' i zakończenie (u mnie pozytywne - a jakże) to jedne z najlepszych momentów w historii gamingu wszech czasów. do tego jeden z najlepszych pomysłów na rozwiązanie problemu liniowości gier - a man chooses, a slave obeys.

film na podstawie bioshocka mógłby być cudowną rzeczą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz